Wstyd mi jak jasna cholera, ale nie mam wyjścia i muszę się przyznać do czegoś, co aż mnie samego i zaskoczyło i chyba jednak też trochę zawstydziło. Otóż proszę sobie wyobrazić, że w oficjalnie autoryzowanej przestrzeni publicznej pojawiła się osoba, która mi się zwyczajnie podoba, którą bardzo lubię i z prawdziwą przyjemnością oglądam, ile razy ona się gdzieś pokaże. Było mi oczywiście trochę z tym dziwnie, jednak z drugiej strony poczułem pewną ulgę. Rzecz w tym, że od pewnego czasu liczba osób publicznych, do których czułem jeszcze jakikolwiek szacunek, regularnie malała w takim tempie, że kiedy na scenie został już tylko Jarosław Kaczyński, ojciec Rydzyk i ewentualnie Antoni Macierewicz, poczułem lęk o to, co dalej.

      I oto, pojawiła się ona. Nie po raz pierwszy zresztą. Tyle że wcześniej moja wrodzona ostrożność, mimo że byłem jak najbardziej pod wrażeniem, nie pozwalała mi traktować swoich wrażeń zbyt poważnie, a już z całą pewnością dzielić się nimi publicznie. W końcu, diabli wiedzą, co tam się czai za rogiem? Było jeszcze coś. Ona ma w sobie coś, czego ja nigdy za bardzo nie lubiłem, a mianowicie tę nerwową nonszalancję, która przede wszystkim nie pozwala na normalną, spokojną rozmowę, a poza tym sugeruje, że mamy do czynienia z kimś, kto nas traktuje z taką okropną, profesorską wyższością, która jest zwyczajnie nie do zniesienia, a jeśli charakteryzuje osobę podłą i głupią, jak to się na przykład dzieje w przypadku Stefana Niesiołowskiego, budzi w nas jedynie agresję.
      U niej jednak ten rodzaj roztrzepania, w połączeniu ze szczególną inteligencją, humorem i celnością ocen, zwyczajnie czarował. I to za każdym dosłownie razem. Po pewnym więc czasie uznałem, że ona nie kłamie. Tam nie ma śladu oszustwa.
      Większość z nas prawdopodobnie miała okazję, jeśli nie oglądać tego na żywo, to przynajmniej rzucić okiem na wszędzie już dziś obecny filmik z tej niedługiej rozmowy w studio TVN24. Nie chce mi się wchodzić w szczegóły, a już z całą pewnością dzielić się uwagami na temat merytorycznej wartości tego, co ona powiedziała. Dla mnie bowiem sprawa jest tak od początku do końca oczywista, że każde dodatkowe słowo byłoby zwykłym, bezsensownym wyważaniem otwartych drzwi. Przecież wystarczyło przez krótką ledwie chwilę spojrzeć na te paradujące maszkary, zobaczyć tę ich nędzę i nieskończoną brzydotę, do tego poczytać fragment owego chorego manifestu, jaki któraś z nich nabazgrała, żeby mieć pewność, że żadna z nich nie zasługuje na jedno słowo litości. Nie będę więc tłumaczył, dlaczego uważam, że to ona ma rację w tym starciu. Chciałbym natomiast zwrócić uwagę na coś, co, moim zdaniem, świadczy o czymś naprawdę wartościowym, a czego wcześniej chyba nie miałem okazji w tej przynajmniej przestrzeni dostrzec. Mam na myśli ów nieprawdopodobny spokój, jaki daje pewność, że się ma rację.
      Mamy ostatni fragment tej rozmowy, Kuźniar już ledwo żyje, ona się śmieje i tłumaczy mu jak dziecku, żeby nawet nie próbował, bo nie ma najmniejszych szans, Następuje chwila ciszy, on jej standardowo dziękuje za rozmowę, a ona, rozbawiona do końca, rzuca: „Dziękuję. Jak najbardziej. Dzięki. Cześć! Pa!” I odchodzi.
      Nie wiem, czy wszyscy rozumieją, o co mi chodzi, kiedy wspominam o tej sile, którą daje prawda, ale mam nadzieję, że tak. Bo to „cześć” na końcu jest zupełnie niezwykłe. Tam nie ma ani lęku, ani kalkulacji, ani tej nieznośnej walki o to, by nikt o nas sobie źle nie pomyślał. Tego okropnego przekonania, że w końcu, jeśli się nie chce kłamać, nie trzeba przecież koniecznie mówić prawdy. Wystarczy się ślizgać.
      Mam ostatnio bardzo marny nastrój, jak idzie o stan, w jakim znalazła się prawicowa część naszej sceny politycznej, w tym oczywiście moje Prawo i Sprawiedliwość. Dzięki prof. Krystynie Pawłowicz mam poczucie, że może jeszcze nie wszystko stracone.