Oczywiście doskonale rozumiem emocje – i często bardzo je podzielam –  jakie pojawiają się, kiedy w ramach trwającej już od ponad chyba miesiąca, a tak naprawdę, już od 2000 lat, antykościelnej agresji, musimy znosić opinie różnego rodzaju prowokatorów, poczynając od tych, którzy w życiu nie byli w kościele, nigdy nie byli z Kościołem w jakikolwiek sposób związani, ani też na temat Wiary i Kościoła nie mają bladego pojęcia, a kończąc na tak zwanych zawodowych katolikach, których znakomitym przedstawicielem jest Tomasz Terlikowski, a którzy od wielu już lat próbują walczyć o Wiarę, czy to tropiąc wśród księży peerelowskich agentów, czy, tak jak dziś, pedofili, czy wreszcie organizując kolejne krucjaty albo na rzecz dzieci nienarodzonych, albo przeciwko światowemu  gejostwu. Na zmianę.

    Rozumiem owe emocje, i, jak mówię, często je podzielam, natomiast wydaje mi się, że ów dzisiejszy, tak ordynarny i tak bezczelny, atak, w dłuższej perspektywie przyniesie Kościołowi same korzyści. Przede wszystkim musimy sobie powiedzieć jedno. Zapewnienie Jezusa odnośnie Skały i bram piekielnych, który Jej nie skruszą, powinno być dla nas stałym i niezmiennym drogowskazem. Jeśli wierzymy w Ewangelię, powinniśmy też pamiętać, że o los Kościoła możemy być spokojni. Tu się nic złego stać nie może. Jezus nam Go dał, i Jezus ma na Niego oko. Nie ma takiej możliwości, by ten dzisiejszy, czy przyszły świat nasz Kościół zniszczył. Nawet przy pomocy wszystkich grzechów świata. On przetrwa.

     I to jest rzecz pierwsza. Druga rzecz, to ta mianowicie, że, moim zdaniem, naszym księżom z całą pewnością nie zaszkodzi, jeśli zostaną na pewien czas wciągnięci w tę wojnę; jeśli przez jakiś czas, nawet i znacznie dłuższy, niż oni by mieli ochotę, zostaną poddani próbie ognia. Ja naprawdę miałem okazję, oczywiście raz bliżej, raz dalej, poznać całą kupę księży i nie mam najmniejszych wątpliwości, że im nie zaszkodzi, jeśli parę razy zostaną zmuszeni do tego, by się trochę bardziej postarać. Oglądałem wczoraj konferencję prasową abp. Michalika, na której on, siedząc naprzeciwko – powiedzmy to sobie otwarcie – Szatana, aż się pocił z wysiłku, by obronić prawdę. Proszę popatrzeć: wydawałoby się, że cóż prostszego? Wystarczy powiedzieć parę sensownych, uczciwych zdań, i wszystko zagra jak należy. Przecież ten wczorajszy atak był nieuczciwy w sposób tak oczywisty, że wydawałoby się, że nawet nie trzeba podnosić wzroku, a co dopiero otwierać ust. Otóż okazuje się, że już nie. Nie dziś. Świat, który nam oni urządzili, wymaga nieustannej walki, i to na poziomie, do którego my zwyczajnie nie jesteśmy przyzwyczajeni. Uważam, że zarówno abp. Michalikowi, a już zwłaszcza ks. Klochowi, przydałoby się kilka takich potyczek. Nie ma się co oszukiwać. To jest prawdziwa wojna. Wojna, powtarzam, którą Kościół i tak wygra, ale dobrze by było, żeby straty były jak najmniejsze., no i żebyśmy z niej wyszli wzmocnieni.

      Wspomniałem wcześniej, że przeciwnik jest silny wyłącznie swoją agresją, i kosmiczną głupotą.  W dodatku jednym i drugim tak bezczelnym, że w pewnym momencie istotnie można się poczuć bezradnym. Kościół ma naprawdę dziesiątki powodów, by na to wszystko wzruszyć ramionami i, i przestać dyskutować z bandą idiotów. Idiotów w tym sensie, że zabierających poważny głos w dziedzinie, o której nie mają bladego pojęcia. Weźmy dla przykładu dzisiejszą chyba notkę jednego z blogerów, który wyraża satysfakcję z takiego oto powodu, że przewodniczący Episkopatu Niemiec, abp Robert Zollitsch podobno zapowiedział, że osoby powtórnie żonate będą mogły bezkarnie przyjmować sakramenty. Kiedy to przeczytałem, pomyślałem sobie, że warto byłoby sprawdzić, co i gdzie ten bęcwał wyczytał. Bo to, że Arcybiskup nie mógł czegoś takiego powiedzieć jest oczywiste dla każdego katolika. Nie ma takiej możliwości, by człowiek się najpierw rozwiódł, następnie ożenił powtórnie, a potem udawał, że nic się nie stało. Z punktu widzenia Katechizmu Kościoła Katolickiego jest to niemożliwe z trzech powodów. Pierwszy jest taki, że nie ma czegoś takiego, jak sakramentalny rozwód, po drugie, nie ma takiego jak sakramentalny związek małżeński bez unieważnienia wcześniejszego, i wreszcie, nie można przystępować do Komunii żyjąc w grzechu. A cudzołóstwo jest jednym z dziesięciu grzechów zamieszczonych w Dekalogu. I kropka. I nawet ktoś tak ważny jak abp Zollitsch nie jest w stanie tego zmienić.